FANDOM


Hejka!

Musiałam pozwolić myślą gdzieś ulecieć. Nie chciałam pisać oddzielnych opowiadań, bo zwyczajnie nie mam pomysłu na rozwinięcia.

Niektóre pomysły przyszły widząc coś, czytając coś lub słuchając jakiejś piosenki, czasem postacie z teledysków są inspiracją, więc prosze nie oskarżać mnie o kopiowanie ;)

Więc będe tu pisała kawałki historii, jakie wymyślam, gdy się nudze.

Anioł w glanach

Inspiracja: Nietypowe, bożonarodzeniowe przedstawienie w mojej szkole + jakaś reklama serialu


Otworzyłam oczy. Woda, wszędzie woda. Pozwoliłam ciału opadać na dno, choć dna nie było widać. Trwałam w błogim uczuciu, jakby to był sen. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Widziałam słońce, którego promienie przedostawały się przez gładką taflę. Szarawa woda była spokojna, niczym nie zmącona. Cisza dzwoniła mi w uszach. Widziałam kosmyki moich brązowych włosów, lekko falujących tuż przy moich uszach.

Powoli odwróciłam wzrok, kilkanaście metrów ode mnie, jakiś chłopak pozwalał wodzie zabrać się w odmenty, zauważyłam małą dziewczynkę, po mojej lewej. Spojrzałam w prawo. trzech mężczyzn w średnim wieku i jedno kobieta bezwładnie spadali w toń. A jednak czułam się, jakby naokoło mnie nie było nikogo, sama na środku szarego oceanu. Odetchnęłam, a kilka bąbelków powietrza poszybowało w górę.

Wtedy coś chwyciło mnie za ramię, nagle poczułam paniczny strach, dopiero wtedy dotarło do mnie, ja przecież tonę! To, co mnie złapało pociągnęło mnie w górę. Wielkie, białe słońce zaczęło rosnąć. W końcu dotarłam na powierzchnie. Zaczełam kaszleć, jakbym tkwiła pod wodą od godziny. Ostre światło oślepił mnie, przymknęłam oczy, pozwoliłam się holować do brzegu. Moje ciało unosiło się na powierzchnie, lekko falując z każdą drobną falą. W końcu "coś" wyciągnęło mnie na brzeg, bezceremonialnie rzuciło mnie na piach. Małe drobinki uczepiły się moich włosów, ramion, nowiutkiej jeansowej kurtki i spodni. Usłyszałam, jak to, co mnie uratowało odchodzi w stronę wody

Znów zakaszlałam, wypluwając resztki słonej wody. Otworzyłam oczy, po chwili mój wzrok przyzwyczaił się do światła. Podniosłam się. Leżałam na plaży wypełnionej innymi ludźmi, jedni z nich wstawali i odchodzili, drudzy dopiero się podnosili, jeszcze innych dopiero co wyciągano z wody. Był wczesny ranek, biały nieboskłon górował nad nieskończoną połacią wody.

Spróbowałam przyjrzeć się osobą, które wynosiły z wody tych wszystkich ludzi. Większości z nich nie mogłam scharakteryzować, były to szare, niewyrażne sylwetki dorosłych, spojrzałam na wodę. Nie sposób było zliczyć wyławiane ciała, jakby z każdym uratowanym pojawiało się dziesiec kolejnych.

-Co tu się dzieje...?-spytałam cicho

Nikt mi nie odpowiedział. Zmarszczyłam brwi.

-Co tu się dzieje?-ponowiłam pytanie.

Cisza, ciągle cisza, zakłucana tylko kaszlem i szumem fal.

-Co tu się dzieje!? Hej!-krzyknęłam zniecierpliwiona.

Nikt nie kwapił się z odpowiedzią. Zbulwersowana wstałam i podeszłam do sylwetki mężczyzny, która wyciągała  chłopaka z wody.

-Hej!

Nagle ten człowiek przeniknął mnie i ciągnąc młodzieńca za sobą, szedł dalej. Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch, zachwiałam się. Co się stało? Jak? Z niedowierzaniem spojrzałam za siebie. Nikt nawet tego nie zauważył. "Ratownik" zostawił chłopaka na piasku i z powrotem szedł w strone wody. Nie widział mnie, albo nie chciał widzieć.

-Ktoś mi wyjaśni co...-nie dokończyłam. Sylwetka znów przniknęła mnie niewzruszona. Kolejny cios prawie powalił mnie na ziemię.

Patrzyłam na postać z b łagalnym spojrzeniem. To coś mnie jednak nie dostrzegło i tym razem. Co się dzieje? Gdzie jestem? Krzyknęłam z bezsilności. Mój wrzask rozdarł niebo, ale ani "ratownicy", ani inni ludzie tego nie usłyszeli. Usiadłam na piasku. Wtedy przypomniałam sobie, że mam telefon w kieszeni spodni. Wyciągnęłam go, zapłonęła iskierka nadzieji, może jest zasięg. Jednak gdy nacisnęłam przycisk, ekran pozostawał czarny. Z uporem wciskałam go bez przerwy, ale był kompletnie zalany. Świetnie. To już chyba czwarty w tym roku. Starzy mnie zabiją.

Wcisnęłam smartphone'a w kieszeń. Obejrzałąm się za siebie. Dostrzegłam las, ciągnący się, tak samo jak plaża, poprostu bez końca. Wtedy dostrzegłam jakąś postać w morzu drzew. Kobieta w czarnych szatach. Pomachała mi i powoli odeszła w głąb lasu.

-Hej! Zaczekaj!-podniosłam się i zaczęłam biec.

Moje ciało było słabe, ale narzucałam coraz szybsze tempo. Wpadłam w gąszcz, i odgarniając przeszkadzające mi gałęzie, brnęłam w dzicz. Tajemnicza postać zdawała się być tak blisko, ledwie kilka króków ode mnie. Szła powoli, leniwie torując sobie drogę, a jednak nawet biegnąc najszybszym sprintem, na jaki było mnie stać, była szybsza niż ja.

-Stój! Poczekaj na mnie!-wołałam za nią, ale ona niewzruszona przemieżała las dalej.

Już się bałam, że ona również mnie nie widzi i machała do kogoś innego, gdy zatrzymała się. Po chwili dostrzegłam wielkie, kamienne schody. Z kąd schody na środku lasu? Prowadziły tak wysoko, że nie widizałam ich końca.

-Gdzie my jesteśmy?-spytałam zirytowana.

Wtedy odwróciła się, mogłam przyjrzeć się jej bliżej. Była wysoka i niesamowicie chuda, musze z niej wycisnąć, jaką dietę stosuje. Kobieta ubrana była w czarną, powłóczystą suknię z kapturem, zasłaniającym jej twarz, był to najczerniejszy odcień czerni, jaki kiedykolwiek widziałam, ciemniejszy od atramentu. Jej skóra była niesamowicie blada, niemal biała. Nie nosiła butów, ale jej drobne stopy nie miały śladów ziemi, jakby jej nie dotykała. Długie paznokcie u smukłych palców pomalowane miała na czarno. Spod kaptura wypływały kruczoczarne włosy, sięgające jej talii. Miała bardzo chudą, niemal anemiczną twarz, zapadnięte policzki, zgrabny, lekko zadarty nos i ładnie wykrojone, czerwone usta.

-A czy to ważne?-odpowiedziała mi pytaniem na pytaniem. Jej głos był kobiecy, trochę szorstki.

-Tak?-starałam sie być pewna siebie, a przynajmniej tak brzmieć.

Zaśmiała się, z jednej strony serdecznie, z drugiej złowieszczo.

-I tak z tąd nie ma wyjścia...-syknęła, jej głos zyskał przerażające, basowe echo.

-Kim jesteś?-spytałam niepewnie. ZNów się zaśmiała

-Nie znasz mnie? Większość ludzi zna moje imię...-uśmiechnęła się tajemniczo, dodatkowy głos ciągle jej towarzyszył.

-A powinnam?-starałam się brzmieć wyzywająco.

Jednak ona znów się zasmiała. Jej głos niósł się po całym lesie, kołysząc drzewami. Po chwili podała mi wieszak z białą sukienką. Jeszcze przed chwilą go przecież nie miała!

-Załóż.-poleciła-chyba nie chcesz tak sie  zaprezentować...?

-Zaprezentować komu? Czemu nie chcesz mi odpowiedzieć?-już nic nie rozumiałam

-I tak byś tylko zaprzeczyła, a ja nie mam na to czasu...Myślisz, że tylko ty czekasz w kolejce do lepszego świata?-spytała jakby od niechcenia. Basowe echo znów się pojawiło, gdy wypowiadała ostatnie zdanie

Lepszego świata? O czym ona mówi? Co tu się do cholery dzieje!? Patrząc na nią wilkiem zdjęłam kurtkę i rzuciłam na ziemię. Wyrwałam jej sukienkę. Patrzyłam na nią zirytowana

-No co? Czekasz na coś?-powiedziała lekceważąco

-Odwróćisz się w końcu czy nie?-spytałam jadowicie

-Juz, już, księżniczko...-skrzyżowała ręce na piersi i odwróciła się

Rozpięłam pasek od spodni. Rozejrzałam się, nikogo nie było, zdjęłam jeansy. Potem zciągnęłam czerwony T-shirt. Zostając w bieliźnie i w butach założyłam białą sukeinke. Sięgała mi do kolan. Miała złote zdobienia na rękawach i dekolcie. Była w moim rozmiarze.

-Już?...-kobieta spytała zniecierpliwiona

-Jeśli musisz....-syknęłam

Obróciłą się i zmierzyła mnie wzrokiem, a przynajmniej tak myślałam. Wyciągnęła ręke ku górze, usłyszałam krakanie i czarny ptak sfrunął na jej dłoń. Zniżyła ręke na wysokość żebra i zaczęła gładzić kruka po piórach na szyji.

-Nie najgorzej...choć ja to bym te buty zdjęła...

-Co masz do moich glanów?-wkurzyłam się, zachowywała się dokładnie jak nauczyciele z mojej szkoły. Nienawidziłam, gdy ktoś się przyczepiał do moich glanów.

-Problem.-odpowiedziała szorstko

-Okey...zdejme je...jak mi powiesz gdzie jesteśmy.-uśmiechnęłam się konspiracyjne.

Umilkła na moment

-Dobrze, skoro koniecznie musisz, możesz je sobie wziąść...-wysyczała, przez zaciśnięte zęby.

Uśmiechnęłam się tryiumfalnie.

-Uważaj, jak się wyżynają, trochę boli....-uśmiechnęła się nieznacznie

-O czym ty...-nie dokończyłam, poczułam niewyobrażalny ból w plecach. Coś przedarło się przez moją skórę. Wrzasnęłam. Plecy paliły mnie żywym ogniem, czułam jakby ktoś polewał mi je kwasem, albo jakbym sypała sól na ranę. Usłyszałam dźwięk rozrywanego materiału. Po kilku chwilach ból ustał.

-Przyzwyczaj się do nich, będziesz je miała na wieczność...-nie ukrywała, że mój ból sprawił jej radość

Nie czułam nic nadzwyczajnego, w zasadzie nic nie czułam, jakby nic się ne stało. Po chwyli poczułam, jak coś łaskoczę mnie w ramię. Signęłam za siebie, ale moja ręka natrafiła na coś miękkiego, jeszcze bardziej zdziwiłam się, gdy poczułam swój dotyk na tym czymś. Coś...pierzastego...

Obejrzałam sie. Ja mam skrzydła! Najprawdziwsze, białe skrzydła! Zupełnie mi nie ciażyły, choć był ze dwa razy większe ode mnie. Spróbowałam nimi zamachać, lecz one zrobiły to szybciej, gdy tylko o tym pomyślałam.

-To chyba tyle...Leć na górę, już na ciebie czekają...-szepnęła

Nic nie odpowiedziałam, podeszłam do schodów, pokonałam pierwsze stopnie, kilka przeleciałam. Odwróciłam się jeszcze

-Powiesz mi w końcu gdzie jestem?

-Nie.-odpowiedziała szybko

-A co się stało?-nie ustępowałam

Westchnęła

-Umarłaś, okey?

-Nieprawda.-zaśmiałam się

Ale po chwili mój śmiech ustał. Czy to może być prawda? Czy ja nie żyje?

-Dziewczyno, masz anielskie skrzydła i właśnie w tej chwili rozmawiasz ze Śmiercią...Potrzebujesz jeszcze jakiś dowodów?-spytała krzyżując ręce na piersi.

-To niemożliwe...-wyszeptałam

-Wmawiaj to sobie...

Nastała cisza, oczy mi się zaszkliły

-No już! Leć!-ponagliła mnie

Oniemiała pobiegłam po schodach, musiałam to przemyśleć. To sie nie dzieje! To sen. To na pewno sen! To niemożliwe! Ja nie mogę nie żyć! Co z moimi rodzicami? Co z siostrą? Co z przyjaciółmi? Zcierałam łzy, spływające mi po policzkach. Ale nie było innego wytłumaczenia. To jedyne wyjście. Ja nie żyje, umarłam. I choćbym nie wiem jak się tego wypierała, twierdziła, że jest inaczej-to nic nie zmieni.

Dopiero wtedy zauważyłam, że dotarłam na górę. Stanęłam na dywanie z chmur. Nie pamiętam zbyt wiele. Tylko...światło. Napawało mnie radością. Rozmawiałam z nim długo, a ono spytało mnie

-Czego pragniesz najbardziej?....-głos nie należał ani do kobiety, ani do mężczyzny

-Ja....chce zobaczyć rodziców...

Światło zaśmiało się, ale nie jak Śmierć, śmiech był przyjazny, dobroduszny.

Światło zaprowadziło mnie na krawędź chmur. Usiadłam tam i obserwowałam mamę, tatę, siostrę...

Majtałam nogami obutymi w ukochane glany.

Jestem aniołem.

Aniołem w glanach.

Strażnicy lasu

Inspiracja:Tylko mój powalony mózg


-Alice!-dziewczyna usłyszała za sobą

Odwróciła się, Mark biegł za nią, machając jej. Alice obciągnęła orzechowy golf, poprawiła okulary.

-Co jest, Mark?-spytała, gdy chłopak zatrzymał się na szkolnym korytarzu

-Chcia-łem powie-dzieć,-dyszał-że dziś kółko szacho-we jest od-wołane...-wysapał.

Uśmiechnęła się promiennie.

-Dzięki, prawie zapomniałam.-odpowiedziała mu.

Pożegnali się. Alice rozpuściła włosy i ponownie związała w dziecięciocentymetrowego kucyka. Dobrze, że jej powiedział. Będzie miała więcej czasu. Wykonała kilka szybkich obliczeń, z których wynikało, żę kolejne wezwanie nastąpi....

Teraz.

Właśnie gdy o tym pomyślała, jej pierścionek z sówką zaświecił bladym światłem. Podniosła dłoń bliżej twarzy. Z uśmiechem potrząsnęła głową, jej kolczyki-piórka zakołysały się lekko.

-Ja to mam wyczucie czasu...


Jessica stała właśnie przy sklepiku szkolnym. Oparła się o ladę.

-Cole i drożdżówkę...-rzuciła sprzedawczyni.

Gdy starsza pani odwróciła się Jess upewniła się, że nikogo nie ma. Przechyliła się na drugą stronę i wyłowiła z otwartej kasy dwa dolary. Szybko powróciła do poprzedniej pozy i wcisnęła pieniądze w kieszeń jeansów.

Ekspedientka nic nie zauważyła, Jessica miała to w zwyczaju, że potrafiła...

Znikać

-Proszę...-sprzedawczyni podała jej puszkę z lodówki i zapakowaną w foliówkę bułkę z budyniem.

Dziewczyna położyła ukradzione dwa dolary na blacie, wzięła jedzenie i poszła. Usiadła na ławce pod salą, włożyła drożdżówkę do plecaka. Otworzyła puszkę, założyła nogę na nogę i upiła sporego łyka.

O mało co, a zakrztusiłaby się colą, gdy jej bransoletka z zawieszką łasicy zaczęła świecić.

-Znowu?-jęknęła

Dopiła colę i wrzuciła puszkę do śmietnika. Zarzuciła plecak na ramię i szybko skierowała się do najbliższego wyjścia.


Kate siedziała na jednym z tych nudnych wykładów. Lubiła zoologię, chciała zostać weterynarzem, ale...Błagam, wykłady?

Miała szczęście, że siedziała wyżej w auli i mogła położyć na podreczniku czasopismo, i nikt by nie zauważył. Właśnie tak spędzała większość czasu,czytając magazyny, albo rysując. Kładła dyktafon na swoim kawałku biurka i oddawała się ulubionym czynnością.

Próbowała właśnie przerysować lisa ze swojej koszulki. Nawet jej się to udawało, pomimo, zę musiała co chwila patrzeć na swój brzuch i rysować lustrzane odbicie. Ale nikt nie zważał na rudą nastolatkę, wpatrującą się w biało-czarny T-shirt.

Gdy już miała kończyć, coś zaświeciło pod jej bluzką. Zaskoczona poprowadziła kreskę nierówno i misterne przerysowywanie lisich oczu poszło na marne.

Wyciągnęła naszyjnik z podobizną lisa, świecił. Wrzuciła wszystko do plecaka, trąciła siedzącą obok niej jej przyjaciółkę.

-Alex? Musze iść, pożyczysz mi potem notatki?

-Jasne...-szepnęła, pomimo iż Kate zawsze ją o to prosiła starała się być miła.

Nim ktokolwiek się zorientował Kate już nie było. Nie bez powodu dostała przydomek "Szybka i wściekła"


Sam sms'owała z przyjaciółkami. Sztukę pisania do pieciu osób na raz opanowała do perfekcji. Wiadomości pisała błyskawicznie. Przy okazji gadała jeszcze z Jenifer i Hannah.

-Wracałam z  tej wyprzedaży...

-Tej sobotniej?-spytała Sam

-Nom, co kupiłam sobie te nowe botki i tą słodką, czerwoną sukienkę...

-No i?-dopytywały się

-Nie zgadniecie kogo spotkałam...-kontynuowała opowieść

-No mów Hannah...

-Josh'a!-pisneła szatynka

-Seryjnie!?-Jenifer nie dowierzała przyjaciółce

-Seryjnie! I nie zgadniecie z kim był!

-No mów!-pospieszała ją blondynka, odwracając wzrok od telefonu.

-Był z Sylvią!

Trzy dziewczyny pisnęły uradowane, gdy breloczek w kształcie króliczka od telefonu Sam zaczął świecić. Blondynka uśmiechnęła się.

-Sorki dziewczyny, ale muszę iść...Umówiłam się z Marthą na zakupy...-wymyśliła na szybko

-Przyślił fotki!-rzuciła na pożegnanie Jenifer

Sam poprawiła swoje dwa kucyki, spływające jej po ramionach, wygładziła żółty T-shirt i białe shorty. Wzięła jasnożółtą torbę i wyszła. Nie potrzebowała swojego nadzwyczajnego słuchu, by słyszeć piski przyjaciółek


-Nieźle Jack!-zawołali jego kumple po udanym triku na deskorolce.

Szatyn z granatowymi końcówkami wjechał na rampę i usiadł koło innych chłopaków. Pogadali chwilę i pośmiali się.

-Robicie coś wieczorem?-spytał Ethan

-Zależy.-odpowiedział w imieniu wszystkich Shaun

-Dziś wychodzi ten nowy film. Ubłagałem starych o pięć biletów.

-Ok, będe.-od razu zgodził się Mike

-Ja też.-zgodził się Jeremy

-I tak nic nie robię...-powiedział Shaun

-A ty Jack?

-Pewnie...Bę...-nie dokończył. Przypinka z wilkiem na jego kurtce zczęła świecić.

-Lecę. Dziś nie mogę.-powiedział szybko, wskoczył na deskorolkę i zjechał po rampie.

-Mówiłeś, że będziesz!-zawołał za nim Ethan

-To było dawno, czasy się zmieniły!-rzucił odjeżdżając

Obejrzał się, jak zwykle dostrzegł każdy szczegół na twarzach kumpli. Dostrzegł zawód


Olivier siedział w domu. Nudził sie. Siedział na kanapie, przełączając bezcelowo kanłay w telewizji.

Lekcje już odrobił, pmógł bratu naprawiać samochód, nawet posprzątał swój pokój dla zabicia czasu. Ale jego wciąż było zbyt wiele.

Już chyba piąty raz przeglądał wszystko od nowa, w końcu wyłaczył telewizor. I tak tylko denerwowały go te wszystkie reklamy. Wstał i poszedł do swojego pokoju. Położył się na łóżku, zamknął oczy. Leżał tak kilka minut, aż usłyszał otwierane drzwi

-Olivier...-powiedział jego brat Stuart

Chłopak mruknął coś na przywitanie, nie otwierając oczu. Usłyszał cichy śmiech.

-Łap!-krzyknął rozbawiony brat i rzucił czymś w niego.

Chłopak podniósł ręke do góry, coś wleciało wprost do jego dłoni.

-Wow!-usłyszał

Otworzył w końcu oczy. To, co złapał było balonem napełnionym wodą. Podniósł się.

-Ja ci dam!

Rzucił Stuartowi prosto w twarz, balon pękł, a brat Oliviera stał zdezorientowany, ociekający wodą.

Chłopak zaśmiał się, ale jego śmiech przerwał blask, który emitował jego zegarek z jeleniem namalowanym na tarczy.

-Hej.-minął brata, klepiąc go w ramię.


Math siedział w swoim pokoju, głaszcząc Alexandra, swojego jeża. Zwierzątko wydało cichy pisk

-Nie, dodatkową porcje robaków już zjadłeś.-chłopak zaśmiał się.

Jeżyk spuścił zawiedziony główkę. Math nie miał serca go zasmucać.

-Ostatniego...-uśmiechnął się

Podał mu na wyciągniętej dłoni larwę. Jeż natychmiast rzucił się na wijącego sie robaka. Chłopak zaśmiał się. Alexander był wielkim łakomczuchem, Math bardzo dbał, by nie dostał nadwagi. Jeżyk był jego pierwszy zwierzątkiem domowym i bardzo chciał pokazać rodzicą, że jest odpowiedzialnym właścicielem.

Ostatni raz pogładził Alexandra po igiełkach i włożył go ostrożnie do klatki. Jeżyk zaczął truchtać po trocinach. Math przeczesał swoje nażelowane włosy, można powiedzieć, że z fryzury on i Alexander są jak dwie krople wody.

Wstał i stanął naprzeciwko tarczy na rzutki, wiszącej u niego na ścianie. Rozejrzał się, sprawdzając, czy napewno jest sam.

Po chwili zamachnął się, a z jego nadgarstka wyleciał kolec wielkości palca wskazującego. Trafił w sam środek tarczy. Czerwone światełka zacząły mrugać, a na dole pojawił się napis "You win!".

Math porzucał jeszcze chwile, po czym wyciągnął ciernie z tarczy i włożył do kartonowego pudełka, stojącego obok klatki Alexandra.

Nagle skórzana bransoletka z srebrnym jeżem na jego nadgarstku zaczęła świecić. Uśmiechnął się

-Do zobaczenia, Alex!-pożegnał się z przyjacielem


Harry przebierał się w szatni na szkolnej siłowni. Założył czarny podkoszulek i jeansy. Narzucił na siebie białą kurtkę

-No i do domu.

Stojąc przed lustrem wyciągnął na wierzch złoty łańcuszek z głową niedźwiedzia. Patrząc na sowje odbicie dotknął go, ale po chwili zostawł go, wziął swój plecak i wyszedł.

Na dzisiejszym treningu nawet się nie spocił. Jego tata śmiał się, że gdyby trzymał w dłoni jajko, zgniótłby je.

Uśmiechnął się lekko na to wspomnienie.

Wyszedł na zewnątrz szkoły, wsiadł na rower i pojechał do domu. Jadąc ulicą modlił się, żeby nie było wezwania. Obiecał tacie, że obejrzą razem mecz.

Ale oczywiscie jego słowo nie miało rzaadnego znaczenia.

Po chwili złoty łańcuszek zaczął jarzyc się słabym blaskiem.

Wywrócił ostentacyjnie oczami. Oczywiście właśnie teraz. Zaczął szybciej pedałować i już po chwili był w domu. Otworzył drzwi i krzyknał

-Tato, idę do Freddy'ego! Robimy razem projekt na historię!

-Dobrze...-głos jego taty był jednocześnie wesoły i pełen zawodu.

Harry nienawidził rozczarowywać sowojego ojca, ale niestety. Siła wyższa.


Osiem postaci stanęło w okręgu na środku lasu. Ubrani byli w kostiumy inspirowane zwierzętami. Nosili maski, więc trudno było powiedzieć kim są naprawdę. Nawet oni nie wiedzieli z kim rozmawiają. To było zabezpieczenie, aby nikt z poza strażników nie dowiedział się o ich członkostwie. Szpiedzy byli wszędzie

-Co tym razem?-spytał lekko poirytowany Niedźwiedź

-Dobre pytanie...-od niechcenia powiedziała Łasica

-Centrala L.A.S'u dowiedziała isę o tajnym spotkaniu członków Agencji N. Mają kryjówke w piwnicach jednego z lokali. Dziś odbywa się tam bal maskowy, zapewne przykrywka...-Wyjaśniła Sowa

Reszta pokiwała głowami.

-Zapewne mamy się tam przekraść i zdobyć informacje...-Jeleń skrzyżował ręce na piersi

-Dokładnie. Centrala przygotowała nam już stroje i tożsamości.

-Zawsze marzyłam o pójściu na bal maskowy! Nareszcie będe mogła pochwalić się moją maską!-Króliczka klaskała w dłonie podekscytowana.

-Króliczko...To nie jest rozrywka. To misja.-Przywołał ją do pożądku Jeż

-Wiem...-powiedziała trochę przygaszona.

-Centrala kazała nam wchodzic na bal parami, pojedyńczo będziemy łatwym celem.

-To nie jest przesada?-spytał Niedźwiedź-Ja mam super siłę, Wilk ma super wzrok, Jeż umie strzelać kolocami, Jeleń ma super refleks, Liska jest super szybka, Łasica umie być niewidzialna, Króliczka ma super słuch, a ty Sowo jesteś super mądra...

-Nie kwestionuj Centrali...Zrobimy jak nam kazali. Króliczka idzie z Jeżem, Łasica z Niedźwiedziem, Ja z Jeleniem, a Liska z Wilkiem.

-C-co!?-jednocześnie krzykneli Liska i Wilk

-Tak kazała Centrala... Poza tym to tylko na misje...Chyba, że...-Sowa uniosła jedną brew

-Nie!-znów krzykneli jednocześnie

-Ludzie, proszę...ciszej...-skrzywiona Króliczka zasłoniła dłońmi wrażliwe uszy

Liska i Wilk zarumienili się, na szczęście przez maski nie było to tak widoczne. Nic nie mówili i starali się, by ich spojrzenia się nie spotkały

-Bal jest dziś o 20:15 w lokalu "Ruby Eyes". To raczej miejscówka dla śmietanki towarzyskiej. Teraz do Centrali odebrać stroje...

Wszyscy pokiwali głowami.

Kolejna okazja do obalenia Agencji N

Kolejna misja.

Dziecko mrozu

Isnpiracja:Rodzinny spływ kajakowy


Sara przyciskała zawiniątko do piersi. Biegła najszybciej jak mogła w śniegu do łydek, starajac się nie oglądać się za siebie. Ale to było silniejsze od niej, za każdym razem gdy zerkała w tył, tym bardziej narastał w niej strach. Próbowała skupić się na uciekaniu. Słyszała poszczekiwanie wilków. Goniły ją już dobre kilka minut, czemu się tak uwzięły? Nie zawiniła duchom, więc czemu zesłały na nią tyle nieszczęścia?

Biegnąc po skrzypiącym śniegu była niemal pewna, że zginie i ona i to, co trzyma. Oddech był niespokojny, strach ogarniał myśli. Słyszała przyśpieszone bicie serca,jak na złość czas zdawał się stanąć w miejscu, jeszcze bardziej utrudniając jej ucieczkę.

Ale zawiniątko było spokojne, nie odzywało się. Pogrążone w głębokim śnie. Wyglądało, jakby umarło. Ale jednak żyło, Sara czuła bicie jego malutkiego serduszka.

Przedzierała się przez ośnieżony las najszybciej, jak pozwalały jej na to nogi. Była zmęczona, ciało odmawiało jej już posłuszeństwa. Ale biegła. Wilki były już kilka metrów za nią, mogłą zginąć w każdej chwili. Dziewczyna musiała wykonać misje, za wszelką cenę. Gdy znów oglądała się, widziała niewyobrażalny gniew w oczach psów. Widziała w nich czarną magie, błękitne symbole na kremowej sierści wilków tylko jeszcze bardziej przerażały Sarę.

Zawiniątko coraz bardziej jej ciążyło, ale nie mogła go porzucić. Została jej powierzona z nadzieją, że przeżyje i Sara musi tego dopilnować.

Słyszała jak jeden z wików podbiega coraz bliżej, czuła jego cuchnący oddech. Niewiele myśląc wyciągnęła sztylet i dźgnęła psa w gardziel.

Wilk legł ze skowytem na ziemię.Oglądając się Sara widziała, jek trzy pozostałe bestie zatrzymują się przy ciele pobratymca i obwąchują je.

To dało Sarze czas. Czas na wagę złota. Dziewczyna nieco pewniej krocząc po śniegu uciekała przed dzikimi psami. Wilki nie zostały w jednym miejscu na długo, ale liczyła się każda sekunda. Dziewczyna zyskała dodatkowe sześć metrów przewagi. W końcu ziemię pod jej stopami stopniowo zaczął zastępować lód. Ześlizgnęła się po zboczu i poczęła przedzierać się przez oszronione tataraki. Szybko odgarniała przeszkadzające liście pałki wodnej, aż w końcu napotkała łódź. Misternie rzeźbioną w konarze brzozy, ozdobioną błękitno-białymi piórami.

Jednak Sara nie miała czasu przyglądać się temu cudowi stolarstwa. Jej plemię powierzyło jej zadanie, zadanie, któremu musiała sprostać.

Szybko, ale ostrożnie włożyła zawiniątko z futra do łodzi, zaczęło się ruszać

Budzi się.

Sara naparła na łódź całym ciężarem ciała, próbując zepchnąć ją na głębszą wodę, ale jak na złość jej środek transportu stał w miejscu. Jej stres narastał wraz z coraz wyraźniejszym szczekaniem. Nie umiała pracować pod presją czasu, ale nie miała wyboru.

Uda się, albo zginą obie.

Nagle zapaliła się iskierka nadzieji. Łódź drgnęła, przesunęła się kawałek dalej. Sara pchała z całej siły, słyszała wilki, które zbliżały się nieuchronnie,

-Jeszcze tylko kawałek!-powiedziała, po części do siebie, po części do łodzi.

I wtedy Sara poczuła, jak drewno wysuwa się z przymarzniętego mułu. Łódź odpłynęła kawałek. Sara natychmiast wskoczyła do środka, uważając jednak by nie nastąpić na futrzaną kulkę. DOpbywając sztyletu przecięła linę, któą przycumowana była łódź. Dziewczyna wyjęła brzozowe wiosło i szybko zaczęła odpływać od brzegu.

W samą porę. Przecinając na wpół zamarznięte jezioro widziała jak wataha dobiega do brzegu i poszczekuje za nią wrogo.

Ale pomimo tego strachu czuła radość, gdzieś w głębi serca. Udało się. Są bezpieczne.

Łamiąc lód wypłynęła na środek jeziora. Jednak wtedy schowała wiosło. Nie mogła płynąć dalej.

To była granica, oddzielająca terytoria dwóch plemion, a bez zgody starszyzny ludu, nie mogła tam wkroczyć. Zabito by ją i...

Astrę.

Mała Astra zaczęła gawożyć. Sara wzięła ją na ręce, starała się ją uspokoić.

-Już dobrze...Ciiii...Jesteśmy bezpieczne...-szeptała delikatnie do niewolęcia.

Dziewczynka wyciągnęla rączkę z futrzanego becika i dotknęła policzka opiekunki. Sara dotknęła małej rączki. Ten drobny gest rozwiał cały strach w dziewczynie. Astra miała w sobie coś niezwykłego.

Jej oczy były lodowo niebieskie, iskierki w nich tańczące podobne były do płatków śniegu. Wzrok miał dziecinny, ale pełen mądrości. Pomimo tak młodego wieku miała już bardzo długie włosy. Czarne fale okalały jej bladą twarzyczkę, a drobne płatki śniegu osiadły na nich, tworząc niemal magiczną aurę bijącą od dziecka.

Sara nie była spokrewniona z podopieczną, z tego co wiedziała-nikt nie był. A napewno nie z jej plemienia. Dziewczynka znaleziona w śnieżnej zaspie nie miał nikogo.

Choć Astra była jeszcze niemowlęciem, jej twarz nie była podobna do twarzy innych dzieci. Usta nie były nadęte, usteczka miała ładnie wykrojone, w kolorze malin, rosnących latem na Wyspie. Oczy nie były przymróżone, były szeroko otwarte i bardzo duże, z wachlarzem rzęs. Buzia nie była pulchna, a było to śliczne serduszko. Wyglądała jak miniaturowa księżniczka.

Była piękna.

Jednak pomimo uroku Astry, Sara posmutniała.

Miała zaledwie trzynaście lat. Nie mogła jej nakarmić piersią, a jak okiem sięgnąć-nie było tu samotnej matki, która mogłaby to zrobić.

Mała dziewczynka widząc smutek Sary zaśmiała się, starając ją pocieszyć. jej śmiech był piękny, jakby najpiękniejsze ptasie chóry dawały koncert.

Spojrzała na dziewczynę z lekkim uśmiechem. Nagle zaczął padać śnieg, miał bardzo duże płatki, a jego kolor nie był czystą bielą. Astra złożyła dłonie w łódeczkę i złapała jeden z płatków, gdy się roztopił dziewczynka przyłożyła rączki do ust i wypiła. Sara złapała jeden z płatków, po chwili zaczął się on zniekształcać i na dłoni dziewczyny pozostał biały płyn. Spróbowała go.

Mleko.

Spojrzała zaskoczona na Astrę, ale ona tylko łapała więcej płatków. Dojrzała jeden z nich za burtą, Wyszła z becika, podniosła się i wychyliła.

-Astra, nie!-krzyknęła Sara, chcą złapać dziewczynkę.

Była jednak zbyt wolna. Mała wypadła z łódki i znalazła się na lodzie.

Sara przestraszyła się nie na żarty, szybko przechyliła sie na drugą stronę łodzi, sprawdzając czy Astrze nic się nie stało. Jednak dziewczynka śmiała się, leżąc na lodzie. Sara spojrzała przerażona na lód, jesli wyszłaby po dziewczynkę, zapewne załamałby się pod nią i razem z niemowlęciem wpadłyby do wody, mającej z pewnością niesamowicie niską temperature. Już miała wyjść z łodzi, gdy zauważyła coś niesamowitego.

Wiatr z drobnymi kryształkami lodu pomógł Astrze usiąść, Był jak niemal przeźroczysty szal, na którym wsparła się dziewczynka. Czarnowłos azaśmiała się uradowana. Wtedywsparła się na rączkach i z pomocą wiatru stała. Trzymając sie go jak dłoni matki zrobiła coś, czego Sara sie niespodziewała

Zaczęła chodzić.

Chwiała się, ale ze śmiechem robiła kolejne kroczki w stronę łodzi. Dziewczyna sparaliżowana wpatrywała sie w niemowlaka. Astra miała kilka miesięcy, ale chodziła niemal znakomicie. Wiatr zaprowadził ją do burty, a gdy dziewczynka chwyciła się łodzi wiatr zniknął, rozwiewając włosy dziewczynki.

Sara patrzyła się na Astrę z otwartymi ustami. Ale dziewczynka zaśmiała się tylko i wgramoliła do środka.

Dziewczyna ciągle nie mogła wyrzec ni słowa. Bo już wiedziała kim jest niemowle, którym sie opiekuje.

Jest dzieckiem z przepowiedni.

Dzieckiem, które będzie umiałoposługiwać się nieokiełznanym żywiołem.

Dzieckiem mrozu.


Wesołych świąt! :D

Dobra południca

Inspiracja: https://www.youtube.com/watch?v=u1h3fxtCdG4


Przez chwile było ciemno, jakbym spała od wieków, a może i tak było? Zmarszczyłam brwi, po czym otworzyłam oczy. Zrobiło się niesamowicie jasno. Gdy obraz się wyostrzył zobaczyłam gałęzie martwego drzewa. Leżałam na miękkim mchu porastającym pień i ziemię naokoło olbrzymiego, uschniętego dębu. Nie ruszając się rozejrzałam się wokół.

Nie wiedziałam gdzie jestem

Ale wiedziałam jedno.

Jestem Niestanka

I jestem południcą.

Usiadłam. Naokoło puszcza. Spojrzałam po sobie. Nosiłam luźną, białą sukienkę do kolan, stopy miałam bose. Skóra była biała, nienaturalnie biała. Obejrzałam swoje dłonie. One również były bardzo blade, miałam długie, szczupłe palce. Zaczęłam je zginać i rozginać, by sprawdzić czy rzeczywiście są moje.

Kątem oka zauważyłam błysk. Południowe słońce odbijało się w ostrzu sierpu.Chwyciłam go, idealnie leżał w mej dłoni, jakby był zrobione bezpośrednio pode mnie.

Wstałam. Niewiele myśląc opuściłam miejsce narodzin.

O ile można nazwać to narodzinami.

Przemieżałam leśny gąszcz powoli, oglądając nowy świat. Stopniowo las zaczął zamieniać się w rozległe bagna. Przechodząc pomiędzy sadzawkami, zauważyłam własne odbicie w lustrzanej tafli wody.

Miałam długie, rozwiane, pszeniczne włosy, w nieładzie opadające na moje plecy i pierś. Twarz miałam szczupłą, białą. Usta miałam jasnoróżowe, oczy miałam podmalowane czernidłem, teczówki były szare. Nie uważałam się za szczyt piękna, ale z pewnością byłam ładniejsza od byle zmory.

Dostrzegłam wtedy wyłaniającą się z wody postać. Była to młoda kobieta o błękitnych oczach z długim, kasztanowym warkoczem. Ubrana była w kremowo-brązową sukienkę. Była blada jak ja, zapewne spędziła pod wodą wiele godzin. Naokoło oczu skóra miała czarno-fioletowy odcień. Warkocza uczepiły się glony, rzęsa przyozdobiła jej suknie i ramiona.

Topielica.

Zamachałam jej z lekkim uśmiechem. Odmachała mi, choć utrudniały jej to łańcuchy, zapięte na jej chudych nadgarstkach.

Zadowolona poszłam dalej. Nagle poczułam ruch na moich plecach. Chwyciłam tajemniczy przedmiot. Worek, zwykły worek. Nie miałam pojęcia do czego miałbymi służyć, ale zarzuciłam go na ramię i poszłam dalej. Stopy zapadały mi się trochę, przez stojącą w trawie wodę, ale nie przeszkadzało mi to. Weszłam na leżący pień drzewa i powoli zaczęłam iść dalej. Obumarły konar przerzucony był przez wąską, wolno płynącą rzekę. Przemierzając moczary napotkałam kolejne bardzo ciekawe żyjątko. Był to wściekle pomarańczowy płomyk, unoszący się nad błotnistym jeziorkiem. Gdyby przyjżeć mu się bardziej, zauważylibyście małe, białe oczka, patrzące na mnie z zaciekawieniem, zawołał mnie w jego języku, który oczywiście rozumiałam, choć inni mogliby co najwyżej usłyszeć ciche wzdychanie. Zaśmiałam sie

-Wybacz przyjacielu, jednak nawet gdybym za tobą poszła, nie mógłbyś utopić mnie w bagnie...

Ognik smutno spuścił wzrok, zapewne marzył, by ktoś dałby mu się zwieść, a on mógłby go wyprowadzić w grząskie błota, gdzie nieszczęśnik mógłby utonąć. Zostawiłam go za sobą. Po kilkuminutowym marszu znów natrafiłam na puszczę. Idąc przez dziką głuszę, zauważyłam kolejne stworzenia. Siedziały pod drzewem, rozczesując szyszkami długie, ciemne włosy. Kryły się w cieniu, ziewając leniwie, niektóre przecierały zaspane oczy. Ich skóa  miała niebieskawy odcień, były całkiem podobne do mnie, jednak miały duże, lekko podkrążone, żółte oczy, a ich sukienki były granatowe.

Trzy północnice musiały obidzić się zbyt wcześnie. Skinęłam im z uśmiechem, odwzajemniły uśmiechy, ale po chwili znów ospale przeczesywały czarne pukle. Zostawiłam je, pozwalając im ponownie zasnąć.

Idąc dalej napotkałam małego ludka z nietoperzowymi skrzydłami, siedział w gałęziach rokiciny, strugając sobie piszczałkę z gałęzi tego drzewa, zamachałam mu.

Rokitnik zaczął grać na swoim instrumencie, budząc wiatr, który rozwiał mi włosy, nagrodziłam piskliwe brzmienie jego piszczałki brawami. Ukłonił się po udanym popisie i zabrał się z ozdabianie swojego dzieła.

W lesie było wiele różnych innych nocnic, czartów i upiorów, znacznie więcej, niż widziałam podczas mojej wędrówki. Niezliczona ilość demonów i zmor. Opuściłam jednak matecznik, las coraz bardziej się przerzedzał, a zbliżanie się do zamieszkałych przez ludzi terenów poznałam, po spotkaniu Kikimory. Zapewne zapuściła się nieco dalej od domostw, była małym, garbatym stworzeniem, przypominającym kurę. Miała bowiem kurze łapki, jej ręce również były bardzo podobne do ptasich nóg. Twarz również upodabniała ją do drobiu, wygladała, jakby miała bardzo długi dziób, i paciorkowate, czarne oczka. na głowie zawiązaną miała czerwoną hustkę, spod której wystawały fioletowe kosmyki, opadające na czoło. Ubrana była w zieloną spódnicę i białą koszulę. Trzymała swoje wrzeciono i kilka koronek. Widząc mnie znikła na chwile.

-Hej, nie zrobi ci krzywdy...

Mała kobieta pojawiła się znów, podchodząc bliżej.

-Czy moge je obejrzeć?-spytałam, klękając

Podała mi kilka rękodzieł. Jej robótki były bardzo dokładne, misternie dziergane przez zapewne wiele godzin. Oddałam jej koronki

-Naprawdę bardzo ładne...Jest pani bardzo zdolna...-uśmiechnęłam sie dobrodusznie.

Kikimora chwyciła brzegi sukienki i ukłoniła mi się w podzięce, oddając mi również jedną haftowaną krajkę. Podziękowałam jej i odebrałam tasiemkę. Zawiązałam ją sobie na nadgarstku.

-Przepraszam...wie pani może gdzie znajdują się domy ludzi?

Skinęła pospiesznie główką i pokazała kurzym pazurem drogę, zkąd przybyła. Pożegnałam ją i skierowałam się we wskazanym kierunku.

Jeszcze nigdy nie widziałam człowieka, zastanawiałam sie jak mógłby wyglądać.Czy jest podobny do demonów, czy do zwierząt? A może do drzew? Rozmyślając dotarłam na skraj lasu. Wtedy moje stopy napotkały now podłoże.

Ziemia była troche mokra, ale nie była błotem. Złote kłosy sięgały mi do pasa.

Pierwszy raz weszłam w pszenice.

Ze śmiechem zaczęłam skakać wśród zboża. Puściłam sie pędem przez łan, nie patrząc gdzie biegnę. I nagle usłyszałam śmiech, zauważyłam małe stworzenie, kilkanaście metrów ode mnie.

Było troche do mnie podobne, ale miało różaną cerę, nie było tak nienaturalnie chude i miało ładniejsze odzienie. Dwa warkocze leżały jej na ramionach, nosiło wianek z koniczyny, a ubrane było w białą koszulę i zieloną sukienkę. Najbardziej przypominało nimfe, może to jakiś rodzaj rusałki? Wtedy stworzenie spojrzało na mnie zielonymi oczami, szybko zaczęłam uciekać. Nie wiedziałam, czy to coś było złym, czy dobrym duchem.

-Zaczekaj!-zawołało za mną.

Poczęłam przedzierać się przez zboże, ale to stworzenie było szybkie. Nie mogłam się od niego uwolnić, bardzo się zmęczyłam, nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. W końcu musiałam się zatrzymać, by odetchnąć. Ale ta rusałka wcae się nie zmęczyła.

-Czemu uciekasz?-zapytała

Odwróciłam się, stała metr ode mnie, lustrując mnie bez słowa. Nie wiedziałam co jej odpowiedzieć.

-Ty...ty jesteś dziewczynką?-spytałam nieśmiało

-Oczywiście, że jestem.-chyba ją obraziłam

-Tak, ale....jesteś człowiekiem?

-A czym? Przecież nie demonem.-teraz była rozbawiona.

Cofnęłam się o krok. Ona była człowiekiem. I nie bała się mnie. Z tego co wiedziałam, ludzie się nas przeokropnie bali.

-Jestem Dąbrówka, a ty?-przedstawiła się

-Niestanka...

-Chodź, mama nie pozwala wychodzić mi z domu tak późno...Mówi, że może porwać mnie południca-zaśmiała się

Chwyciła mnie za ręke i wyprowadziła z pola. Nie sprzeciwiłam się, choć mogłam ją wsadzić do worka i porwać w każdej chwili, jak nakazywał mi instynkt, ale tego nie zrobiłam...

Może powinnam wtedy przedstawić się wam inaczej...

Jestem Niestanka

I jestem dobrą południcą...


Przetrwać apokalipse

Inspiracja:"Inny świat"


Snuła się pustymi ulicami Nowego Yorku. Szerokie szosy, po których w nieładzie turlały się zszarzałe gazety i sięgające nieba drapacze chmur dobijały ją komletnie. Z każdą minutą traciła nadzieje, że ktoklowiek jeszcze przeżył wybuch. Słońce nie przedzierało się przez gęstą warstwę chmur, z szarego nieba padał niemal niezauwarzalny, blady blask.

Za Clair szedł bacznie obserwujący otoczenie owczarek niemiecki w kamizelce khaki. Wierne, brązowe oczy psa patrolowały ulicę, upewniając się, że nic nie zaatakuje jego pani z zaskoczenia. Glany dziewczyny wydawały charakterystyczny, miarowy dźwięk. Było cicho, zbyt cicho

Wiatr szemrał cicho, poruszając czarnymi kosmykami Clair. Przymróżonymi oczami omiatała ulicę, starając się widzieć każdy szczegół. Usiłowała dojrzeć każdą rysę na szybach rozbitych samochodów, usiłowała zliczyć wszystkie, przeturlające sie po asfalcie kartki, usiłowała dojrzeć całą zawartość poprzewracanych koszy na śmieci.

Dziewczyna i pies omiotali ulicę chłodnym spojrzeniem, nie dojrzeli rzadnego zagrożenia. Clair dojrzała zniszczony szyld "Apteka". Budynek nie różnił się zbytnio od innych, wszystkie szyby w oknach były rozbitę, drzwi ledwo trzymały się zawiasów, brudne, szare ściany dopełniały obrazu. Czarnowłosa weszła po stopniach i otworzyła drzwi z buta.

Bez oporu wyłamała drzwi, które z hukiem upadły na zakurzoną podłogę. Dziewczyna z psem weszła do środka. Wybuch odciął zasilanie, więc Clair wyjęła latarkę. Pomieszczenie zalało zółte światło, powoli przesuwające się po ścianach i szawkach. Bystrym wzrokiem oglądała aptekę,

Była zdemolowana, ale właśnie tego się spodziewała. Wszystko poprzewracane, potłuczone, na podłodze utrzymywała się różnokolorowa ciecz ze zmieszanych lekarstw. W środku nie było żywej duszy.

Jak wszędzie w tym zapomnianym przez Boga miejscu.

-Alex...stróżuj...-poleciła psu.

Owczarek niemiecki zaczął kluczyć po aptece, gdy Clair przyklękła przy resztkach gabloty. Większość lekarstw była już skarzona, nie do użytku, ale zachowały się czyste bandaże, strzykawki, środki dezynfekujące i tabletki przeciwbólowe. Nie zebrała tego zbyt dużo, ale musiało wystarczyć. Włożyła znaleziska do plecaka turystycznego, który udało jej się znaleźć w zgliszczach sklepu sportowego.

Dziś nie udało jej się znaleźć zbyt wiele, poza lekarstwami zdobyła kilka butelek wody i troche żywności liofilizowanej.

Nagle Alex zaczął warczeć, po chwili agresywnie szczekać.

Clair usłyszała dźwięk, który przypominał połączenie głuchego pomruku niedźwiedzia i ryku lwa. Dobrze znany jej dźwięk. Poczuła tą cuchnącą woń zgniłego mięsa. Nie musiała się oglądać, by wiedzieć co się zbliża.

Szybko wstała i spojrzała na drzwi magazynu, słyszała ciężkie, powolne kroki, nagle stworzenie za nimi stojące wyważyło drzwi. Stwór za nimi stojący przypominał człowieka, lecz człowiekiem nie był

Był troche wyższy od przeciętnego człowieka, obrzydliwy, pokryty ohydnymi, zielono-żółtymi brodawkami stwór. Nie miał oczu, za to otwór gębowy zajmował połowe jego twarzy. Jego skóra wyglądem przypominała skórę psów rasy Shar pei, miała kolor zgaszonej cegły. Miał długie, żółte szpony, wielkości palców dziewczyny. Zaryczał donośnie, pokazując kilkanaście rzędów ostruch, żółtych zębów. Miał amarantowy, rozwidlony na końcu język, mający na oko długość metra. Z ust ciekła mu żółta ciecz, przypominająca ślinę.

Mutant.

Clair rozpoznała typ Uchacza, tak nazywała mutanty polegające na zmyśle słuchu. Czarnowłosa wyciągnęła pistolet i pewnie postrzeliła potwora kilka razy w pierś. Stwór cofnął się o krok, odwrócił głowę w kierunku dziewczyny i zaszarżował na nią. Clair wystrzeliła jeszcze kilka razy, trafiając Uchacza w głowę. Błękitnooka przeturlała się w ostatniej chwili, gdy mutant wpadł na gablotę za nią, przełamując ją na pół. Alex nie przestawał szczekać na intruza, atakującego jego właścicielkę, nie atakował go jednak. Znał już procedure postępowania z Uchaczami. Były ślepe jak krety, ale potrafiły solidnie poturbować. Korzystając z ich wrażliwego słuchu pies szczekał z całych sił, odwracając uwagę potwora.

Mutant podniósł się i tym razem zaatakował owczarka. Clair znów trafiła Uchacza, tym razem w ramię. Stwór zmienił kierunek i zaszarżował na dziewczynę. Na szczęście i tym razem czarnowłosa uniknęła rozwścieczonego cielska bestii. Uchacz wpadł na ścianę, doszczętnie niszcząc szybę. Korzystając z czasu, jaki zyskała błękitnooka zmieniła magazynek i przeładowała broń. Strzeliła do mutanta jeszcze kilka razy, jednak jak wszystkie mutanty-Uchacz był bardzo żywotny i nawet po naszprycowaniu taką ilością ołowiu wstał i kulejąc zamierzył się na Clair. Zaryczał bojowo i zamachnął się. Czarnowłosa została niemal przygwożdżona do ściany, dysząc spojrzała na Alexa. Pies ponownie zaczął szczekać, odwracając uwagę Uchacza. Clair po cichu przeszła pod ramieniem stwora, uwalniając się z pułapki.

Wystrzeliła do mutanta, trafiając go w ucho osiem razy, a raczej w otwór, który mu za ucho służył. Stwór osunął się martwy na ziemię, wydając z siebie gardłowy pomruk. Z głuchym plaśnieciem upadł na posadzkę. Clair starała się uspokoić oddech, dla pewności postrzeliła Uchacza jeszcze raz w tył głowy, podłoga zaczeła pokrywać sie krwią stwora.

Dziewczyna z psem szybko opuściła ruiny apteki. Z pewnoscią zrobili na tyle dużo szumu, że usłyszało ich wiecej mutantów z okolicy.

Zawsze odczuwała satysfakcje po zabiciu stwora, kochała adrenaline, ale było i druga strona medalu.

Clair wiedziała czym te stworzenia były przed wybuchem.

Były ludźmi.

Pospiesznym krokiem skierowała się w stronę Manhattanu. Weszła na most George’a Washingtona. Ze smutkiem patrzyła na to, co z niego zostało. Pełno było tu powywracanych samochodów, na bokach mostu było perłno dziur, ubytków, krawędź była nieregularna. Jednak najbardziej rzucającą się w oczy różnicą miedzy "starym", a "nowym" mostem Washingtona była ulbrzymia wyrwa, dzieląca most niemal na pół. Od jednej strony było wąskie, około piędziesięciocentymetrowe przejście, ciągnące się osiem metrów. Była to jedyna droga, prowadząca na wyspę, a przynajmniej najbezpieczniejsza. W tunelach było mnóswo Pływaków-mutantów pływających.

Przechodząc obok samochodu, będącego w jednej trzeciej nad przepaścią usłyszała szloch. Niepewnie podeszła do auta. Tak, z pewnością coś było wśrodku.

Lub ktoś.

Alex również podszedł do samochodu i obwąchał drzwi. Spojrzał na Clair i wydał z siebie pytające skomlenie. dziewczyna skinęła głową, trzymając rękę na spuście powoli otworzyła położyła dłoń na klamce. Sprawnym pociągnięciem otworzyła drzwi samochodu i zajrzała do środka.

W aucie siedziała dwójka dzieci, chłopiec z półdługimi, brązowymi włosami i dziewczynka w różowej kurteczce. Krzyknęli przerażeni, gdy Clair otworzyła drzwi.

-Ciiiiiiiiiiiiiiii! Ciiiiiiiii, ciiiiii, ciiiiiiiiiii!-starała się uciszyć wrzeszczce sześciolatki.

Umilkli, gdy zauważyli, że dziewczyna nie jest mutantem

-Spokojnie, nie jestem jednym z nich....-uspokoiła ich

-I...ich tam nie ma?-drżącym głosem spytał chłopiec.

-Jest bezpiecznie...

-Ja...ja nie chce, żeby on wrócił....-rozpłakała się dziewczynka

-Zaatakował was? Jak wyglądał?-spytała Clair

-B-był ohydny i wielki. Żółty z o-ogromnymi oczami....-brunet starał się opisać mutanta.

-Paczak. Paskudna sprawa...-stwierdziła z fachową miną-Nic wam nie jest?

-Nie...-odpowiedział cicho chłopczyk

-Jestem Clair....A wy?

-T...Toby.-przedstawił się brunet

-Li-isa...Nie masz może wody? Albo czegoś do jedzenia?-głos blondynki był niepewny, lekko drżał.

-Mam. Wyjdźcie, zaprowadze was w bezpieczne miejsce...No śmiało...-zachęciła ich ciepłym uśmiechem.

Lisa powoli przesunęła się bliżej wyjścia, Clair pomogła jej wysiąść. Mała kurczowo złapała dłoń nastolatki i niepewnie wyszła z auta. Clair wyciągnęła dłoń w stronę Toby'ego. Chłopiec uśmichnął się nieznacznie i już miał podać dłoń dziewczynie, gdy nagle samochód osunął się w stronę wody. W ostatniej chwili czarnowłosa chwyciła chłopca za ręke. Każdy drobny ruch muł przeważyć samochód i Toby z Clair wpadliby do wody. Lisa krzyknęła.

-Toby, daj mi drugą ręke!

-Nie-nie mogę!-krzyknął bezsilnie

Clair rzuciła okiem na dłoń chłopca. Pas owinął się naokoło niej i zacisnął. Z każdym ruchem w górę, Toby czuł coraz większy ból.

-Spróbuj! Wyciągnij ją jak najwyżej!-błękitnooka starała się zapanować nad strachem.

Jednak nawet przy największym wysiłku, chłopiec pozostawał uwięziony. Clair wzięła głęboki oddech.

-Spokojnie, wydostanę cię!

Wyjeła nóż myśliwski i wyciągneła go jak najdalej mogła. Zapłonęła iskra nadzieji, gdy zachaczyła ostrzem o pas. Czarnowłosa widziała łzy w oczach chłopca. Zaczęła gorączkowo próbować go oswobodzić, starała się przeciąć pas. Po chwili poczuła, jak auto osuwa sie dalej.

-Szybciej, samochód zaraz spadnie!-pisnęła przerażona Lisa

Nagle nóż doszedł do końca pasa i przeciął go. Clair szybko włożyła rączkę broni do ust i chwyciła oburącz Toby'ego. Wyciągnęła go niemal w tej samej chwili, gdy sampochód spadł z mostu i poleciał w dół

-Już dobrze, spokojnie...-Clair przytuliła rodzeństwo, ale starała się uspokoić i siebie

Wyjęła z plecaka linę, którą zawiązała sobie w pasie, po czym zabezpieczyła w ten sposób dzieci i Alexa.

Powoli podeszli do wąskiego przejścia. Ostrożni zaczęli posówać się na przód. Spod ich nóg osunęły się kawałki asfaltu. Przestraszeni patrzyli jak spadają w toń.

-Nie patrzcie w dół.-poleciła dziewczyna.

Po kilku minutach czwórka pokonała wąski mostek i znalazła się po drugiej stronie mostu. Dotarli do Manhattanu.

Źródła wybuchu.

-Ile siedzieliscie w tym samochodzie?-spytała czarnowłosa

-Kilka dni...Ten mutant nas tam zapędził...-powiedziała Lisa

Skinęła głową

-W tej części Nowego Yorku jest mało tych stworów. Po ludziach prawie nic nie zostało. A napewno nie po dorosłych.

Wzdrygnęła się na wspomnienie atomowych cieni, choć wybuch z tego co wiedziała nie był przyczyną eksplozji atomowej.

Tak naprawdę nikt zbyt wiele nie wiedział o wybuchu.

Wybuchu, który wymiótł z Nowego Yorku wszystkich dorosłych.

Ci, którzy byli najdalej zmienili się w mutanty. Clair nie umiała tego wytłumaczyć, ale przetrwała tylko garstka dzieci.

Właśnie wtedy dotarli do starego banku. Weszli do środka, rozwiązali się. Clair zaprowadziładwójkę dzieci do skarbca. Uderzyła w drzwi pięścią. Usłyszała przyciszony głos

-Kto tam?

-Clair. Znalazłam nowych ocalałych.

-Hasło.

-"Inny świat"

Usłyszeli zgrzyt zamka i ze środka wyjrzał szatyn w białej koszulce na ramioączkach i moro rybaczkach.

-To jest Thomy...-przedstawiła dwunastoletniego chłopca Lisie i Toby'emu

Chłopiec wpuścił so środka nowoprzybyłych, a oczom dzieci ukazał sie pusty skarbiec, służący Clair za bazę wypadową.

Choć można byłoby to nazwać przedszkolem.

W środku było jeszcze dziewięcioro dzieci, gdy tylko zauważyły Clair w progu rzuciły się jej na szyje, zaczęły witać, przytulać.

-Clair!

-Wróciłaś!

-Gdzie byłaś?

-Kogo przyprowadziłaś?

-Co przyniosłaś?

-Tak długo nie wracałaś...

-Clair!

-Spotkałaś mutanty?

-Nareszcie jesteś!

Po grupowym uścisku dziewczyna przedstawiła wszystkich rodzeństwu.

-Grace, Jack, Math, mała Linsday, Kate, Ron, Johny, Max i Ashley...To jest Toby i Lisa.

-Cześć!-dzieci zawołały zgodnym chórem.

Clair rozdała każdemu jego dzienny przydział i opowiedziała, co dzialo się na patrolu. Miała siedemnaście lat, a już czuła się jak trzydziestoletnia matka dwunastki dzieci.

Spojrzała troskliwie na gromadkę dzieci. Jadły, bawiły sie, rozmawiały, nawet śmiały.

Wszystko, na co Clair nie mogła się zdobyć.

Starała się im pomóc, ratowała je, ale nie umiała uratować siebie.

Dzieci miały tą niezwłyką cechę-umiały się dostosować, zmienić z sekundy na sekundę

Mała Linsday na przykład. Jeszcze dwa dni temu znalazła ją zamkniętą w windzie, przestraszoną i ranną. Dziś dziewczynka integrowała się z innymi, a po dużej ranie ciętej został jej tylko opatrunek na łydce.

Ale Clair nie była już dzieckiem.

Ziemia też nie, świat zmieniał sie miliardy lat.

Zastanawiała się czy kiedykolwiek wszystko wróci do normy.

Czy istniały jakieś szanse?

Czy ludzkość mogła się jeszcze uratować?

Czy gdzieś tam w Nowym Yorku czekali inni, którzy przeżyli?

Czy dotrze do nich na czas?

Czy przetrwają apokalipsę?


Był sobie król

Inspiracja: https://www.youtube.com/watch?v=sDKhOgc9Xq0


Pośrodku lodowego pustkowia stał domek. Nie otaczały go drzewa, wokół nie było nic. Jedynie śnieg zalegający na pagórkach. Lodowaty wiatr niosący ze sobą płatki śniegu owiewał chatkę, wdzierając się przez otwarte na oścież drzwi. Skrzypiąc lekko kołysały się pozwalając śniegowi wpadać do środka i przypruszać drewnianą podłogę. Domek był bardzo ładny, choć nie duży. Dwie ściany pokrywała zszarzała tapeta w róże, miejscami pozdzierana i brudna, pozostałe dwie pomalowane były na szaro. Muślinowe firanki okalały dwa okna, na których szybach mróz nakreślił fantazyjne lododwe wzory. Pod oknem stało proste, czarne, metalowe łóżko z białą poduszką w róże i taką samą kołdrą.

Naprzeciw łóżka stał biały, drewniany stolik, przykryty niegdyś białym obrusem, na którym stał kryształowy wazonik z zasuszoną, białą różą. Kwiat schylił główkę ku dołowi, a kilka jego pładków opadło na stół. Po przeciwległych stronach stołu stały białe krzesła. Dla każdego przygotowana byłazastawa, składająca sie z porcelanowego stolika, białej serwetki i srebrne sztućce, na których osiadł już kurz. Był tam też czarny kominek, który dawno nie był rozpalany, a był jedynie dodatkowym wejściem dla wiatru i chłodu.

Po lewej stronie łóżka stała duża, biała toaletka z ładnym, okrągłym lustrem. Jednak na szkle widniała pajęczynka z potłuczonych odłamków, która oszpecała piękną toaletkę. Przystawione do niej było metalowe, czarne krzesło bez oparcia. Obok, na podłodze leżał drewniany konik, spowity kurzem i pajęczyną

Na ścianie wisiał stary, czarny zegar, którego miarowe tykanie zapełniało cały domek. Tik...tak...tik...tak...

Na środku tej pustki skulona siedziała mała dziewczynka, ubrana w odświętną, białą sukienkę z licznymi falbankami i perłowymi guziczkami. Stopy obute miała w białe pantofelki, na czarnych lokach zawiązaną miała białą kokardkę. jej skóra była niemal biała, silnie kontrastująca z ciemnymi włosami. Dziewczynka łkała cicho, z jej czarnych oczu lwylewały się duże, kryształowe łzy, toczące się powoli po jej policzkach, a gdy odrywały się od jej gładkiej twarzyczki i spadały na przypruszoną śniegiem podłogę, rozbijając się jak kawałki szkła, zostawiając po sobie szklane skorupy.

Pociągnęła nosem ostatni razi i spojrzała na drzwi. Wleciał przez nie szary motyl, choć była zima. Dziewczynka otarła łzy wierzchem dłoni i śledziła owada wzrokiem. Motyl podleciał do niej, zataczając okrąg wokół niej, jakby starał się ją pocieszyć. Wstała, szaroskrzydłę stworzenie podleciało do ściany, dziewczynka powoli poszła tam za nim. Przekrzywiła głowę na lewo, obserwując motylka, nagle ten wpadł w pajęczynę, którą jakiś pająk utkał w kącie. Zaczął się szamotać, próbując oswobodzić się z lepkiej pułapki. Dziewczynka obserwowała jak czarny, spory pająk powoli podchodzi do owada. Nie miał już szans, jednak nadal starał się wyrwać szare skrzydła z pajęczyny. Czarny stawonóg poruszał się powoli, ciesząc się z widoku męczącej sie ofiary. Posuwał leniwie włochate odnuża w stronę motyla, po czym wgryzł się w jego ciałko. Ruchy motyla powoli ustawały, aż przestał się ruszać, a pająk zaczął posiłek.

Jednak dziewczynka patrzyła na to niewzruszona, a nawet z zainteresowaniem. Powoli zamknęła oczy, wsłuchała się w jednostajne tykanie zegara

Tik...Tak...Tik...Tak...Tik...Tak...Tik...Tak......Tik......Tak..........Tik.......

Jednak nie rozległo się cichutkie "tak". Nie rozległo się nic. Nastała grobowa cisza, zakłucana jedynie wiatrem. Dziewczynka westchnęła, kolejne łzy zaczęły toczyć się po jej policzkach. Piosenka sama wypłynęła jej z ust, piosenka, którą ktoś jej kiedyś śpiewał..

-Był sobie król...Był sobie paź...I była też...królewna...

Żyli wśród róż...Nie znali burz...Rzecz najzupełniej...pewna...

Żyli wśród róż...Nie znali burz...Rzecz najzupełniej...pewna...

Kochał ją król...Kochał ją paź...Kochali ją...oboje...

I ona też kochała ich...Kochali się...we troje...

...

Lecz srogi los...Okrutna śmierć....W udziale im przypadła...

Króla zjadł pies...Pazia zjadł kot...Królewne myszka....zjadła...

Króla zjadł pies...Pazia zjadł kot...Królewne myszka...zjadła...

Lecz żeby ci....Nie było żal...Dziecino...ukochana...

Z cukru był król...Z piernika paź...Królewna z marce...pana....

Z cukru był król...Z piernika paź...Królewna z marce...pana....

I znów usiadła na podłodze, przyciągnęła kolana pod brodę i ponownie zaczęła płakać. A wokół świat zaczął szumieć przez długie lata

-Łkała wśród róż...łkała wśród burz...Moja dziecina mała...

Czekała tam....Czeka do dziś...Lub z tęsknoty...zmarła...

Czekała tam....Czeka do dziś...Lub z tęsknoty...zmarła...


Ogród

Inspiracja: "Oskar i pani Róża"


Ponownie Matt pojawił się w ogrodzie. Jak zawsze zafascynowała go gama zapachów i barw. Postanowił poszukać innych dzieci, którym z upodobaniem wszyscy wymyślali przezwiska. Taka była już tradycja w ogrodzie, Matt na przykład miał ksywkę "Szczęściarz". Nie zaszedł zbyt daleko, gdy spotkał jednego z jego najlepszych przyjaciół. Sam "na kółkach" przycinał żywopłot.

-Cześć Szczęściarz, piękny dzień w szpi...ogrodzie!-przywitał się

-Rzeczywiście...Nie widziałeś może Rose?-spytał Matt

-Rose? Białej Rose? Zapewne jest w Altance...Wiesz, że nie lubi słońca.-Sam powrócił do pracy

-Dzięki.-uśmiechnął się na pożegnanie

Idąc po równo przystrzyżonej murawie, zastał "Bliźniaczki nierozłączki", Sally i Lilly, grające w klasy obok Rabaty tulipanów. Pomachał im na przywitanie, jednak nie zatrzymał się.  Przechodząc zaś obok krzaków malin i agrestu znalazł "Jednoręką" Jett i "Czerwonego" Tobiasa, zbierających dojrzałe owoce do wiklinowego kosza. Na Polance białych chryzantem dojrzał Gwen, zwaną "Samotną", głaszczącą swojego białego królika, Mctwisp'a. Minął też "Białookiego" Maxa, "Zbyt młodą" Alice i Julie "Bandażówne", skaczących na skakance na Aleji miłorzębów

Droga do altanki była jednak ciągle daleko. Przywitał się z "Wysokim" Billem, który grał w kosyzkówkę. Jak zwykle bez problemu dorzucał do kosza za każdym razem. Spotkał też "Wielopalcowego" Toma. Który podlewał słoneczniki, oraz Oscara, o przezwisku "Jajo". Gdy napotkał "Piłkę", czyli Nicka, wywożącego grabię, szpadelki i nawóz na taczce wiedział, że Altanka róż musi być niedaleko.

Idąc żwirową drogą wkońcu dotarł do Altanki. Była bardzo ładna, pomalowana na biało, opleciona różami we wszystkich odcieniach różu. Biała Rose wkładała właśnie świerzo ścięte kwiaty do szklanego wazonu, stojącego na białym stoliku, pośrodku altany. Jak reszta dziewczyn ubrana była w grynszpanową sukienkę. W ogrodzie była już taka moda. Dziewczyny w grynszpanowych sukienkach, chłopcy w białych spodniach i grynszpanowych koszulkach. Jednak dziś, według Matta, ten kolor wyglądał na Rose wyjątkowo pięknie. Jej jasna skóra i białe włosy zdawały się być jeszcze jaśniejsze. Delikatny wiatr rozwiał jasne pukle. Jej duże oczy w kolorze lapis lazuli skupione były na delikatnych płatkach kwiatów. Matt pomyślał, że wyjątkowo delikatne musi być jej skóra, pąsowe usta. Jednak otrząsnął się, wiedząc, co go dziś czeka. Uśmiechnął się i skierował się do Atanki

-Cześć Rose!-podbiegł do niej.

Prawie westchnął, gdy "Biała" zatrzymała na nim swój wzrok. Błękitne oczy roziskrzyły się na jego widok.

-Cześć.-przywitała się promiennie.

-Rose, ja...Czy mogłabyś ze mną pójść w jedno miejsce?

-W jakie?-spytała swoim słodkim głosem

-Do...-w jednej chwili Matt stracił całą sowją gromadzoną przez wszystkie dni odwagę-do...Do bramy...

Z oczu "Białej" zniknęła radość na widok chłopaka.

-Matt, ale...Ale ty nie zamierzasz...Ty jeszcze wrócisz?-spytała, jej oczy się zaszkliły

Położył jej dłoń na ramieniu. Jej skóra była zimna

-Nie wiem..Ale,...jeślibym jednak miał nie wrócić...To chciałbym pójść w to miejsce właśnie z tobą.-odwrócił wzrok

Rose uśmiechnęła się przez łzy. Zrobili kilka kroków w stroną światła, gdy się zatrzymała.

-Mattt, ja muszę mieć kapelusz...Bo słońce...-nie chciała dokończyć

chłopiec zastanawiał się chwilę, w końcu wpał na pomysł.

-Mam rozwiązanie...Zaczekaj...

Pobiegł na chwile do Herbacianego dworu, gdzie przesiadywały "Trzykrotne" Jess, Ann i Daisy. Po krótkich wyjasnieniach wyjął on parasol ze stolika, przy którym siedziały. Odchodząc z białą parasolka usłyszał "awww..." wydobywające się z ust "Trzykrotnych". Postarał się nie wracać na to uwagi i pobiegł do Rose, czekającej na niego w Altance róż. Podał jej przyniesiony parasol. Dziewczyna z uśmiechem przyjęła go.

-Idziemy?

Rose pokiwała głową. Swobodnie wyszli razem spod dachu. Matt nie był pewny, co ma jej powiedzieć, więc nie mówił nic. Jednak nie chiał wyjść na nierozmownego, więc powiedział pierwsze co mu przyszło do głowy

-Mogę do ciebie mówić księżniczko?-spytał nieśmiało

-Matt...-zdołała wyszeptać, w jej modrych oczach pojawiły się iskry szczęścia. To miało znaczyć "tak".

Chłopak uśmiechnął się. Przeszli przez Sad i rabatę begonii. I przez cały czas rozmawiali. Po kilkuminutowym spacerze doszli do czarnego, metalowego płotu, porośniętego bluszczem i mchem. Zatrzymali się kilka metrów przed nim. Dokładnie przed Bramą. Była to osobliwa brama, gdyż wyglądała zupełnie jak drzwi z napisem "Sala operacyjna".

-Matt, czy musisz iść?-spytała Rose-Zostań tu, w ogrodzie...

-Musze księżniczko. To jedyne wyjście.

"Biała" została na swoim miejscu, gdy Szcześciarz zrobił kilka kroków w stronę Bramy.

-Matt, zaczekaj!-krzyknęła, odrzucając parasol.

Podbiegła do niego i przytuliła. Chłopak przestraszył się nie na żarty. Stali w pełnym słońcu.

-Ksieżniczko, słońce! Poparzy ci...

Nie dokończył. Był zbyt zaskoczony buziakiem w policzek, którego otrzymał od Rose

-Proszę, nie odchodź...-wyszeptała tłumiąc łzy, ponownie rzucając mu się na szyje.

-Przepraszam księżniczko...- odsunął ją od siebie i przeszedł przed Bramę, która zamknęła się tuż za jego plecami.

-Matt!-krzyknęła.

Dobijała się do bramy, jednak nad nią rozbłysło czerwone śiwatło. Osunęła się na kolana. Skulona łkała pod Bramą. Bezcelowe okazało się czekanie pod Bramą dwie godziny.

Pisk EKG

Monolog nieszczęśliwej

Inspiracja:Podręcznik od polskiego


Powinnam być szczęsliwa, gdy pozwalają mi tańczyć.

Ale nie jestem szczęśliwa.

Powinnam też być wdzięczna istotą, które mnie stworzyły.

Zawdzięczam im przecie życie.

Ale nie jestem wdzięczna, bo moje życie jest nieszczęśliwe.

Zaczęło się niewinnie.

Najpierw nadali kształt mojemu ciału. Dali mi dużę oczy, zgrabną figurę, ładny nos, a potem zrobili coś strasznego.

Dali mi ten dziewczęcy, promienny uśmiech.

Uśmiech, który nigdy nie schodzi mi z ust, nawet gdy nie jestem szczęśliwa. Ten uśmiech jest moim przekleństwem

A gdy byłam już ukształtowana, ubrali mnie w żółtą sukienkę, obdarzyli mnie kasztanowymi puklami i morskimi oczami.

Lecz gdy nikt sie tego nie spodziewał, spętali mnie i włożyli na dno ciemnego pomieszczenia.

Istoty te nie spodziewały sie, że obdarzyły mnie myślą. Wiem, że tak było.

Niektóre z tych istot są dobre. Wyjmują mnie z pokoju delikatnie, wygładzają mi sukienkę, przecirają twarz wilgotną chusteczką.

Inne zaś chcą pochwycić mnie w swoje ręce, a wtedy brudzą mnie, wyrywają włosy. Śmieją się złosliwie i posyłają złowieszcze uśmiechy. "Tańcz!"-krzyczą

Najgorsze, jest to, że nie umiem ich rozróżnić.

Jednak są inne przykre aspekty mojego życia.

Jednym z nich jest moja miłość.

My nie mamy imion, bo zawsze się zmieniają, więc musze go wam scharakteryzować.

Ma brązowe, półdługie włosy i zielone oczy. Nosi strój leśnika.

Jednak nie mogę go kochać z dwóch prostych powodów.

Jeden z nich to fakt, że nasze uczucia są bardzo nietrwałe. Zmieniają się co chwila. Mamy tak wszyscy, poza mną. Widze, jak tańczy razem z Księżniczką, Baletnicą czy Syrenką.

Ale ja jestem zwykła.

Drugi powód, to to, żę nie mam serca.

Nie mam serca, więc nie mogę kochać.

Innym powodem mojego smutku jest moja bezsilność.

Gdy tańczę, widze moje dłonie i nogi, poruszają się, choć im tego nie każe.

Nie umiem się poruszać.

Pozwalam tylko, by istoty przenosiły mnie z kąta w kąt.

A gdy kończe tańczyć, istoty chwytają za sznurki i wyciągają mnie ze sceny.

To bardzo boli, gdy sznurki zaciskają mi się na nadgarstkach.

Oczami wyobraźni widze, jak krwawią.

Lecz nie mogą krwawić.

I znów wrzucają mnie do ciemnego pokoju, gdzie zostaje tak długo, aż znów zechcą na mnie popatrzeć.

Gdy nikt nie patrzy płaczę.

Oni się mną bawią.

Wykorzystują mnie.

Używają mnie.

Jak zabawki.

You wanted to get rid of me?

Inspiracja: https://www.youtube.com/watch?v=XfI7gSO-Fgc + "Fran Bow" + https://www.youtube.com/watch?v=G-YNNJIe2Vk


Po śmierci swojej siostry bliźniaczki-Elizabeth, Charlota straciła całą dzieciecą radość, nie umiała się uśmiechać. Nie była typową 8-latką. Wszystkie kolory nagle jej zbrzydły, a zapałała miłością do czerni, tak niegdyś znienawidzonej. Grzywkę zaczęła zaczesywać na oczy, by nikt nie dostrzegł jak są napuchnięte od płaczu. Jej rodzice również nie mogli pogodzić się ze śmiercią ukochanej córeczki. Pewnego dnia kazali CHarlocie spakować się, po czym zawieźli do domu jej ciotki.

I nie wrócili.

Charlota już dawno przestała liczyć, że przyjadą na święta czy jej urodziny. Nawet nie miała im tego za złe. Szczerze jednak nienawidziła ciotki, wujka i swojego kuzyna, z którymi przyszło jej mieszkać. Nigdy jej nie kochali, ani jej, ani Elizabeth. Dziewczynkę traktowali jak powietrze. Nigdy niemal nie opuszczała swojego malutkiego pokoiku, przypominającego raczej izolatkę, niż sypialnie dziecka. Okno, przysłonięte muślinowymi zasłonkami wyglądało na szarą ulicę Londynu, ściany były białe, tak samo jak podłoga. Stało tu jedynie metalowe łóżko i niewielka komódka, a nad nią lustro. Drzwi były zamkniętena klucz i tylko raz dziennie ciotka przynosiła jej szklanke wody i coś, co miało być obiadem, a raczej resztkami, których nie dojadł kuzyn Charloty.

W ośmiolatce tliła się jeszcze iskierka nadzieji, że kiedyś z tąd wyjdzie. Puki co nie miała na to szans. Jej pokój był na strychu i nawet nie mogła zejść po sznurze z pościeli, bo miała tylko jedną sukienkę, od tak dawna nie miała kołdry, czy choćby poduszki, tylko goły materac. Przez cały ten czas Charlota siedziała w pokoju sama, co jakiś czas tylko gdy jej "rodzinie" puszczaqły nerwy ktoś przychodził i wyżywał się na niej. W ich oczach nie była siostrzenicą, czy siostrą cioteczną, a workiem treningowym, dodatkową gębą do wykarmienia.

Przez cały ten czas od szaleństwa ratowała Charlotę Elizabeth. Porcelanowa lala o pustych, dużych oczach, wyglądająca dokładnie jak dziewczynka była z nią zawsze. Jej się mogła wyżalić, wypłakać, zwierzyć. To ona była jej rodziną, nie wredny kuzyn, pełna pychy ciotka, czy władczy wujek. Nawet, gdy Charlota ksztusiła się krwią, nie mogła pozwolić, by Elizabeth wygniotła się sukieneczka, czy niesforny kosmyk opadł nie na swoje miejsce. laleczka była za to wdzięczna. Po cichu dziękowała Charlocie i dawała nadzieje, że któregoś dnia jej rodizcę wrócą i je z tąd zabiorą. Ocierała wtedy porcelanową dłonią łzy dziewczynki i tuliła się do niej.

Charlota dbała o Elizabeth bardziej niż o siebie, robiła to dlatego, że widziała, że Elizabeth to coś więcej niż porcelanowa zabawka. To była jej siostra. Siostra, która przedwcześnie zmarła na gruźlicę. Na dzień musiała pozostawać pod postacią laleczki. W nocy zaś siadała obok Charloty i trzymała ją za ręke milcząc. Rzadna z nich nie była zbyt rozmowna. Kiedyś obie były roześmiane, razem bawiły się lalkami, wyglądającymi dokładnie jak one. Charlotą-która powędrowała do trumny dziewczynki i Elizabeth, należacą do żywej bliźniaczki. Przy dźwiękach pozytywki razem wpatrywały się w nicość.

Pewnego dnia Filip-bo tak nazywał się kuzyn sióstr-wpadł do pokoju Charloty. Ośmiolatka głucha już była na jego wyzwiska, zatraciła się w przeczesywaniu niemal białych pukli Elizabeth. Nagle chłopak wyrwał porcelanową lalę z rąk Charloty

-Hej!-krzyknęła-Oddaj!

-Co ty widzisz w tej zabawce?-spytał przyglądając się lalce

-Zostaw Elizabeth!-nakazała

-O nie! Nie tak szybko!-zadowolony podniósł ręke wyżęj, tak, że Charlota nawet podskakując nie mogła dosięgnąć lali.

Śmiał się, gdy Charlota rozgoryczna próbowała odebrać mu Elizabteh. Machał nią najpierw nisko, w zasięgu dłoni dziewczynki, po czym znów podnosił wysoko. Ośmiolatka zaczęła płakać. Widząc, do jakiego stanu ją doprowadza Filip postanowił posunąć się o krok dalej.

-A co jeśli zrobiłbym tak?

Chwycił za obie rączki lalki i zaczął mocno ciągnąć. W Elizabeth coś zaczęło trzeszczeć.

-Nie! Zostaw!-krzyknęła

-Jesteś taka dziecinna...-rzucił Filip-A jeśli zrobie tak?

Filip zaczął wyrywać lalce włosy.

-Przestań!-Charlota wiedziała, żę Elizabeth nie możę krzyknąć, choć bardzo ją to boli.

Ze śmiechem kuzyn dziewczynki zaprzestał

-A jeśli zrobie tak?

Chłopak zamachnął się i z całej siły rzucił Elizabeth o ścianę. Lala trafiła w lustro, które od razu posypało się na podłogę. Gdy Filip się śmiał Charlota podbiegła ze łzami w oczach do Elizabeth. Osunęła się na kolana, drżącym rękami podniosła lalkę, nie zważając na odłamki lustra, raniące ją w dłonie. W kilku miejcach porcelna popękała, tworząc pajęczynkę na ciele Elizabeth. Równe jak dotąd końcówki włosów były poszarpane, a z oczu zaczęła ciec niemal czarna ciecz. Gdy Charlota dotknęła jej palcem, na jej opuszce pozostała rubinowa kropka, o dobrze jej znanym odcieniu. Krew. Dziewczynka pogładziła czoło lalki, pociągając nosem.

-Przepraszam...Tak bardzo mi przykro...-wychlipiała

Elizabeth wpatrywała się w nicość.

-Gdy-gdybym mogła coś zrobić...

Wtedy laleczka przekrzywiła głowę, patrząc Charlocie prosto w oczy. Po kilku chwilach z ust porcelanowej lali wydobyło się ciche

-Dziękuje...

Z czarnych oczu Elizabeth zaczęły się unosić atramentowe opary, sunące w stronę Charloty. W pierwszel chwili wydobyło się z niej zaskoczone westchnięcie, ale gdy zrozumiała cel siostry pozwoliła, by ta zrobiła co do niej należy. Dziewczynka zamknęła oczy. Zaczęła się z lekka trząść. Jej kuzyn nie przestawał się śmiać, sądząc, że jasnowłosa płacze.Charlotta chwyciła największy odłamek szkła. Wyprostowała się powoli. Jej skóra stała się niesamowicie blada, proporcje ciała przestały odpowiadać ludzkim, rzęsy urosły ponad trzykrotnie, skóra popękała, odpowiadając pajęczynką na porcelanie lalki. Charlota obróciła się bezgłośnie, otwierając czarne, puste oczy. Strużki krwi niby łzy spływały jej po policzkach, a ogromny uśmiech nie zchodził z twarzy. Filip przerażony nie wiedział co powiedzieć. Ośmiolatka podeszła do niego powoli, trzymając w jednej ręce lalę

-Za Elizabeth...-szepnęła

Szybki zamach i w połowie przerwany oddech Filipa. Szkarłatna posoka zaczęła plamić mu koszulę, wpływając z głębokiej rany na gardle chłopaka. Osunął się na kolana, nie mogąc krzyknąć, czy zaczerpnąć powietrza. Krew strumieniami spływała na podłogę. Po dłuższej chwili Filip upadł, a Charlota wypuściła z dłoni zakrwawiony kawałek szkła. Dusza Elizabeth zaczęła czarnym dymem ulatywać z jej oczu, po czym powróciła do swojego dziennego więzienia. Po chwili rozelgły się kroki.

-Charloto, co to za nieziemskie krzyki!? Coś ty znowu...-ciotka urwała wchodząc do pokoju i zastając zwłoki syna na podłodze. Charlota obryzgana krwią patrzyła się na nią dużymi oczami, jakby to była najzwyczajniejsza w świecie scena.

Krzyk zrozpaczonej kobiety słychać byłoby z drugiej strony Londynu. Upadła na kolana przed synem, chwytając jego twarz w dłonię, przeczesała jego włosy, dławiąc się łzami. PO chwili przybiegł wujek, którego zściągnęły krzyki żony. Kiedy ujrzał Filipa zawodząc uklęknąłprzy ciele.

-Filiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiip!!!!!!!!!!!!-płakała ciotka

-Mój Boże...!-krzyknął wujek, przenosząc wzrok na Charlotę-Coś ty zrobiła!?

Charlota nie odczuwała w tej chwili rzadnych emocji, spojrzała na ciało Filipa, potem znów na wujka

-To nie ja...-powiedziała

-Filiip!!!!!!!!!!!!-ciotka dziewczynki przycisnęła zwłoki syna do piersi, kołysząc się z nim w ramionach

Wujek z chęcią uderzyłby Charlote, ba, nawet zrobił to samo, co ona z Filipem. Jednak przytulił żonę, powtarzając

-Syn...Mój syn...Mój syn...


Charlota patrzyła przez okno na przejeżdżające samochody, gdy drzwi do jej pokoju się otworzyły. Stała w nich ciotka

-Charloto, jedziemy.-oznajmiła grobowym głosem

-Gdzie?

-Potem ci powiem. Jedziemy.-wzięła ją zdecydowanym ruchem za nadgarstek i wyprowadziła z pokoju.

-Czekaj! Zapomniałam Elizabeth!-krzyknęła Charlota

-Lalka zostanie w domu...

-Nie! Bez Elizabeth nigdzie nie jadę!-krzyknęła dziewczynka

Ostatecznie ciostka pozwoliła jej wrócić się po lalkę,gdy dziewczynka zeszła z kobietą po schodach czuła się jak w nowym miejscu. Przez ostatnie kilka lat nie opuszcza swojego pokoju i zapomniała jak obszerny jest dom, w którym mieszka. Przeszły przez jadalnie, gdzie urządzono kącik pamięci Filipa. Wpatrywała się jadowicie w jego portret, jednak szybki krok ciotki nie pozwolił jej na dokładne przyjrzenie się jadalni. Wsiadła do dużego, czarnego auta.

-Gdzie jedziemy?

-Nie teraz.-ciotka weszła do auta, zapinając pas.

-Dlaczego wujek został w domu?

-Nie chciał z nami jechać.-powiedziała od niechcenia

-Dlaczego?

-Nie wiem.

Ruszyły. Jadąc Charlota z zainteresowaniem patrzyła na mijane miejsca.

-Chce do domu.

-Nie wygłupiaj się.-ciotka parsknęła śmiechem

-Elizabeth też chce wracać.-powiedziała Charlota, odsuwając usta lalki od swojego ucha. Kobieta westchnęła poirytowana

-Obawiam się,-z trudem zdobyła się na miły głos-że nia ma ona w tej sytuacji nic do gadania.

Po kilkunastu minutach zasypywania ciotki pytaniami samochód się zatrzymał. Charlota wyjrzała przez okno. Ze zdziwieniem spostrzegła drzewa. Dużo drzew.

-Nie podoba mi się to.-powiedziała

-Jesteśmy na miejscu, wysiadamy.

-Nie chce.

-Wysiadamy.-powiedziała przez zaciśnięte zęby-

-Chce do domu.

-Wysiadamy!-krzyknęła ciotka

Od niechcenia dziewczynka odpięła pas i otworzyła drzwi. Dziewczynka cicho wyszła, zamykając drzwi. Ciotka również opuściła samochód. Wzieła dziewczynkę za ręke.

-Idziemy.

-Gdzie?

-Idziemy!

Szybkim krokiem skierowały się wgłąb lasu. Charlota oglądała się za siebie, jednak wtedy kobieta mocniej ciągnęła ją w tylko sobie znanym kierunku. Po kilku chwilach stanęły.

-Tu będzie wystarczająco daleko....-szepnęła do siebie ciotka

Wyjęła z torebki sznur na którym wieszała pranie, po czym zawiązała na obu końcach pętle.

-Włóż tu rączke, Charloto.-poprosiła

-Po co?

-Zaufaj mi, skarbie.-kobieta zmniejszyła pętle do rozmiaru nadgarstka dziewczynki

-Nigdy nie mówisz do mnie skarbie-Charlota patrzyła na nią spodełba

-Oh, mówie tak...-obeszła drzewo, po czym założyła drugą pętle na drugą dłoń ośmiolatki-Bo. Tak. Bardzo. Cię.Kocham.-wycedziła po czym zacisnęła mocno pętle, odchodząc

-Gdzie idziesz? Nie! Zaczekaj! Nie zostawiaj mnie!-krzyknęła dziewczynka, ale gdy chciała pobiec w stronę kobiety sznur dał o sobie znać.

Ciotka znikała pośród liści, gdy Charlota miotała się, próbując się oswobodizć. Krzyczała, jednak kobieta nie zawracała. Sznur wciskał się w jej nadgarstki, sprawiając jej ból. Nagle poczuła, jak więzy robią się luźne, doszedł do tego dźwięk cięcia. Po chwili sznur puścił. Charlota spostrzegła półprzeżroczystą sylwetkę siostry

-Ty pomagasz mi, a ja tobie...-powiedziała.

Chwytając lalkę, do której powróciła jej bliźniczka Charlota pognała przed siebie. Po kilku chwilach usłyszała zamykanie drzwi, po czym wybiegła na ścieżkę, na której zaparkowała ciotka. Podbiegła do okna, przy którym siedziała kobieta

-Ciociu! Ciociu! Nie zostawiaj mnie!-pukała w szybę, jednak samochód ruszył z piskiem opon, po chwili dziewczynka straciła go z oczu.


-Wciąż nie jestem pewna...-wyznała mężowi w nocy

-Czego?-spytał

-Czy to wystarczy...Myślisz, że tam zostanie?

-Charlota to ośmioletnie dziecko, jak miałaby znaleźć drogę do domu? Ona nigdy nawet nie była w salonie, co dopiero w lesie?

-T-tak..Masz rację...

-A teraz idź spać.- wujek nakrył się kołdrą.

Ciotka niepewna po chwili położyła głowę na poduszce. Nagle coś mokrego kapło na jej twarz, potem znów, dotknęła cieczy, w swietle księżyca błysnęła czerwona posoka. Usłyszała szept nad sobą.

-Chciałaś się mnie pozbyć?-syknął głos.

Nim ciotka czy wujek zorientowali sie, że głos należy do ich siostrzenicy, nocne niebo rozdarł krzyk mordowanych.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.