FANDOM


Prolog

Narrator

Był późny wieczór, wszystko co żyło w lesie układało się już do snu, zmęczone zdobywaniem pożywienia, lub w niektórych przypadkach, staraniem się nie zostać nim. Czyli normalna rzecz w Zachodnim Lesie. Oczywiście zwierzęta mówiły o nim inaczej, ale dla ludzi przybrał właśnie taką nazwę. Zapadał już zmrok, wszędzie , gdy nagle wszystkie ptaki z oburzeniem zaświergoliły, słysząc osobę, która miała czelność zakłócić ich ciszę nocną. I w dodatku taką osobę!

Istotnie, było bowiem na co patrzeć. Osoba okazała się być mężczyzną w podeszłym wieku, który wyglądał, jakby całe życie spędził w różnych krzakach i na drzewach. Trudno było dostrzec większość jego włosów, ponieważ wszędzie zasłaniały liście. Jego szata była koloru zielono - brunatnego i raczej nie był to jej podstawowy kolor. Jedynie jego kij był zadbany: długi, jasnoszary, pachniał lasem, ale wyglądał na nigdy nie używany.

Ptaki trochę zdziwił jego ubiór, ale nie przejmowały się tym dłużej i wydarły się na intruza tak, że przyśpieszył kroku. Jednak gdy jeden usiadł mu na głowie i zaczął wyskubywać liście, dalej hałasując, w końcu zareagował.

- Slietha!

Nagle wszystko ucichło. Ptaki jakby zastygły. Znów nastała cisza, ale tym razem nienaturalna. Starzec uśmiechnął się i ruszył dalej. Gdy wyszedł z lasu, dezaktywował zaklęcie i jeszcze raz się uśmiechnął. Nie lubił wpływać na inne żyjące istoty, ale dla tej błogiej ciszy mógł uczynić wyjątek. Potem zerknął przed siebie, w dal i od razu uśmiech zniknął z jego twarzy. Natychmiast ruszył biegiem, zadziwiająco szybko jak na swój wiek. Gdy dobiegł do płomieni, które zauważył, drugi raz użył zaklęcia, tym razem gaszącego. Na jego twarzy malował się niepokój. Jego obawy ziściły się, gdy ujrzał pierwsze ciało. Należało do pięknego, smukłego i szafirowego stworzenia. Do smoka.

- O, na Thora. Co tu się stało? Kor!

Smok z wysiłkiem podniósł głowę na niewielką wysokość, po czym zwalił się z powrotem.

- Almit... Oni już tu są... Wypalacze przybyli...

- Nie, to niemożliwe! - starzec nie mógł uwierzyć. - Zginęli lata temu! Sam w tym pomagałem... - dodał ciszej.

Na twarzy gada pojawił się grymas bólu.

- Jak widać... Nie wszystkich. Ale nas wybili wszystkich. Co do jednego.

Po czym wziął ostatni wdech i zamknął oczy. Z paszczy wyciekał mu jeszcze płynny ogień.

Staruszek wstał. W jego oczach rozpacz została zastąpiona przez determinację.

- Pożałują tego. Przysięgam, pożałują! Ale najpierw sprawdzę, czy może jednak ktoś przeżył...

Po dwóch godzinach zrezygnowany miał zamiar odejść, gdy usłyszał słabiutki pisk. Był on wzywający do pomocy. Starzec chwilę nasłuchiwał, po czym  w dwóch susach znalazł się przy jednym z kamieni. Gdy go podniósł, ujrzał małe, zielone pisklę. Mogło mieć najwyżej tydzień. Mężczyzna wziął go na ręce.

- Chodż mały. Zaopiekuję się tobą...

I jak? Oto początek historii smoka, który założył to stado.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.